Narzędziownia

1000 kalorii dziennie
Sprawdź najlepszą diete na rynku!
https://1000caloriesdiet.com/pl/
Sulgasin
Koniec z nie trzymaniem moczu!
https://sulgasin-plus.com/mx/

Gdzie będzie pycha, tam będzie i hańba, gdzie pokora, tam mądrość.
Salomon

Karuzela z Madonnami

Ten dział Narzędziowni to efekt pracy uczestniczek naszych warsztatów stacjonarnych. Prosimy mądre inteligentne kobiety o podzielenie się z nami swoimi refleksjami na poruszane w trakcie sesji treningowych tematy, które pobudziły ich wyobraźnię, przywołały  przeżyte  doświadczenia, nasunęły skojarzenia, skłoniły do zadumy i zastanowienia lub  wywołały uśmiech na twarzy. Każdy człowiek to oddzielny świat. Zjawiska się powtarzają, ale w zależności od okoliczności,  nawyków, doświadczenia, swojej pozycji, poczucia siły czy własnej wartości  różnie  na nie reagujemy. Karuzela z Madonnami to opowieści, anegdoty i  historie Kobiet, które były ich udziałem i którymi chciały się podzielić, by  pokazać różnorodność reakcji, postaw i zachowań na określone, nierzadko typowe, a często niełatwe sytuacje. To przykłady z życia wzięte. Dzięki tej lekturze nasze spojrzenie na wiele wyzwań stanie się szersze, zwiększy się dystans do problemów , a może nawet nauczymy się  reagować z większą  lekkością, skutecznością  i z uśmiechem: zrozumienia, radości i satysfakcji z własnej skuteczności.

 

 

 

Strasznie ją denerwował nowy kolega z pracy...

Przyzwyczajona była do pewnego uporządkowania. Każdy dokument, opinia czy faktura miały swoje miejsce na biurku. Dzięki temu potrafiła się jakoś w tym wszystkim odnaleźć. On był jej całkowitym przeciwieństwem. Na jego biurku panował chaos. Co jednak było dziwne, jakoś się w tym wszystkim orientował. Niestety akurat wtedy kiedy był potrzebny nie było go na stanowisku pracy. Albo wyszedł na papierosa albo załatwiał jakieś inne swoje sprawy. I musiała się przekopywać przez ten cały bałagan. A potem on wracał i robił jej wyrzuty że wszystko mu poprzestawiała. Jakby to miało jakiś znaczenie. Ni cierpiała go od samego początku. On tu w ogóle nie pasował. Nie przywiązywał wagi do tego w co się ubiera. Twierdził że nosi to, w czym czuje się wygodnie. Według niej w tym co on nosił nie można się czuć wygodnie, ale na szczęście ona nie musiała tego nosić.

Ale najgorsze miało dopiero nadejść. Musiała szybko zrobić zestawienie ostatnich wydatków na szkolenia. Nie mogła znaleźć jednej faktury. Oczywiście była u Pawła – ale zanim ją tam znalazła przyszła szefowa i zrobiła jej awanturę że to jeszcze nie zrobione. Poczuła się głupio. Zaczęła się usprawiedliwiać, że to nie jej wina, i w ogóle. Szefowa jednak nie chciała słuchać żadnych tłumaczeń – żądała efektu. Przełknęła upokorzenie i obiecała poprawę. A ten bałaganiarz ją jeszcze popamięta...

Kiedy wrócił całkowicie ją zaskoczył. Zaczął robić jej wyrzuty że kiedy szukała potrzebnej faktury narobiła mu bałaganu na biurku. Też coś! Tam już był bałagan. Nie byłaby sobą gdyby mu tego nie powiedziała. Też jej się trafił współpracownik...

Nawet nie słuchała co do niej mówił. Całkowicie go ignorowała. Nauczona doświadczeniem wiedziała czego się spodziewać. Swoją niekompetencję mężczyźni maskują chamstwem. Wtedy wychodzi na jaw ich prawdziwa natura. Nadal coś do niej mówił. Coś tłumaczył. To wszystko było bez sensu. Nawet kiedy próbowała z nim rozmawiać nie mogli dojść do porozumienia. Tak jakby nadawali na innych falach. Nawet kiedy starała się mu powiedzieć wprost – nic z tego nie wychodziło. Ech, faceci...

W końcu zrezygnował. Widocznie zauważył że kompletnie go nie słucha. I dobrze. Może teraz da jej spokój. Do końca dnia nie odzywali się do siebie. Czas płynął, oboje skupili się na pracy. Mniej więcej godzinę przed końcem pracy zadzwonił na jej biurku telefon. Kierownik życzył sobie aby mu dostarczyć propozycje nowych szkoleń. Niestety część z tych danych miał Paweł. Jakoś teraz głupio jej było go o to prosić. Postanowiła że poczeka aż gdzieś wyjdzie i sama sobie znajdzie potrzebne rzeczy. Doczekała się. Wyszedł zapalić. Szybko poderwała się z miejsca i zaczęła przerzucać te wszystkie papiery. Nagle usłyszała za sobą chrząknięcie. Zamarła.

- Zapomniałem zapalniczki, ale widzę że czegoś szukasz. Może mógłbym pomóc? – to był Paweł. Poczuła się głupio.

-          Szukam tych nowych szkoleń, dzwonił Stary i... – zaczęła tłumaczyć.

-          A nie mogłaś poprosić? Sam bym Ci to dał. Już dawno mam wszystko zrobione.

Jasne, jeszcze miała go o coś poprosić. Jeszcze czego! Niedoczekanie. Wtedy podszedł to tej sterty którą miał na biurku i jednym pewnym ruchem wyciągnął potrzebne dokumenty. Podał jej, zabrał zapalniczkę i po prostu sobie poszedł. Zamurowało ją. Szybko przeglądała dokumenty. Tam było wszystko. On zrobił to sam. Co było dziwne, na pierwszej stronie widniało również jej nazwisko jako współautora. A przecież nie przyłożyła do tego ręki. Jej projekt był jeszcze w powijakach...

Kiedy wrócił postanowiła z nim porozmawiać, ale rozmowa się jakoś nie kleiła. Kiedy starała się delikatnie go wybadać, on odpowiadał rzeczowo i monosylabami. Jakby rozmawiała z robotem. Chyba będzie musiała przemyśleć swoje nastawienie do Pawła. Może nie jest taki jak go do tej pory postrzegała? Wiedziała jednak że minie jeszcze dużo czasu zanim się będą w stanie porozumieć. A również cieszyło ją że pierwszy krok został uczyniony...

Ewa

 

Jeśli boisz się wejść do wody to skacz na główkę

„Ojciec uczył mnie, by atakować problemy i walczyć wg motta: „Jeśli boisz się wejść do wody to skacz na główkę”. Bałam się snowboardu, więc najpierw mierzyłam się z prędkością a potem uczyłam się skręcać. Niezgodnie z wykształceniem wybrałam pracę handlowca w firmie produkcyjnej. Pracowałam ciężko i opamiętałam się dopiero, gdy przyszły kłopoty zdrowotne. Mój strach budziły ulice nocą i agresja. Wybrałam się na kurs sztuk walki i zdecydowałam na pracę z ludźmi, którzy używają przemocy fizycznej.

Dzięki głębokim rozmowom z kobietami i mężczyznami oraz warsztatom uświadomiłam sobie schemat walki, który powtarzam. Dziś, uczę się jak ufać swojej intuicji, szacować ryzyko, gdy sytuacja budzi chęć rywalizacji. Oswajam się z tym, że moje silne emocje są ważnymi wskazówkami, a nie słabością. Warsztaty uświadomiły mi, że kobiety mają swoje własne metody działania. Wierzę, że te sposoby stosowane z wewnętrznym przekonaniem i godnością z czasem zyskają należy im szacunek w oczach mężczyzn.

Dorota

Miałam już okazję korzystać w Centrum ze szkolenia z zakresu aktywacji zawodowej kobiet.

Było to bardzo wzbogacające doświadczenie, po którym podjęłam pracę zawodową.

Byłam zatrudniona i bardzo zadowolona z faktu osiągniętej stabilizacji, niestety nie umiałam przejść nad pewnymi sprawami do porządku dziennego. Nie przedłużono ze mną umowy, po tym jak chciałam, żeby mój pracodawca wywiązał się w stosunku do mnie ze zobowiązań, które sam podjął, chcąc mnie zachęcić to zwiększonej wydajności i zaangażowania.

Pracowałam nad bardzo prestiżowym i dochodowym projektem, dla dużego klienta.

Terminy były napięte, a klient wymagający i trudny. Pracowałam z ogromnym zaangażowaniem, byłam przecież umówiona na prowizję od oszczędności, które poczynię na produkcji. Negocjowałam stawki z podwykonawcami, walczyłam o każdy grosz ... zaoszczędziłam na budżecie produkcyjnym sześciocyfrową sumę.

Niestety, gdy zamknęłam budżet okazało się, ze moje ustalenia na temat prowizji są nieaktualne, w miejsce wcześniejszych pochwał, pojawiła się krytyka jakości mojej pracy i kompetencji. Okazało się, że moi szefowie mają do mnie bardzo dużo zastrzeżeń, którym wcześniej nie dawali wyrazu, że sama powinnam zrozumieć, że nie zasłużyłam na prowizję, na którą byłam umówiona i przyjąć to, co byli obecnie łaskawi zaproponować, wcześniej poddając się surowej samokrytyce.

Ponieważ ustalenia były ustne i podjęte bez świadków, za zamkniętymi drzwiami pokoju moich szefów, mogłam albo zaakceptować sytuację i pracować w tej firmie dalej - tak wybrały moje koleżanki ( w firmie były zatrudnione same kobiety), będący w tej samej sytuacji, albo powiedzieć, co myślę o takich standardach i narazić się na utratę pracy...wybrałam to drugie i obecnie od grudnia bezskutecznie szukam zatrudnienia.

Myślę o stworzeniu własnej firmy, w której zajmowałabym się projektowaniem i sprzedażą wyrobów artystycznych. Chciałabym stworzyć showroom z własną kolekcją ubrań i dodatków dedykowaną klientom, którzy chcą być traktowani wyjątkowo i szukają dla siebie i swoich bliskich rzeczy unikatowych. Chciałabym świata pełnego rzeczy pięknych i ludzi umiejących docenić i wynagrodzić pracę i talent innych.

Bożena

 

„Kiedy się czegoś bardzo pragnie, wtedy cały wszechświat sprzysięga się, byśmy mogli spełnić nasze marzenie” (Paulo Coelho „Alchemik”)

Może ten cytat brzmi banalnie, lecz jest moim mottem życiowym. Na własnej skórze przekonałam się, że precyzowanie swoich celów wraz z mocnym pragnieniem ich realizacji to połowa sukcesu. Drugą stanowi praca nad dążeniem, aby tak się stało. W tym miejscu chciałabym jeszcze dodać czynnik, który jedni nazywają „przypadkiem”, drudzy „szczęściem”, ale u mnie było to po prostu głośne wyartykułowanie swojego celu, tak aby „cały wszechświat” dowiedział się do czego zmierzam.

 Przez wiele lat życia zawodowego starałam się precyzować swoje dążenia i pragnienia. Oczywiście na początku miałam kilkuletni okres poszukiwań odpowiedzi na pytanie czym tak naprawdę chcę się zajmować? Szczęśliwie w trakcie tych poszukiwań pracowałam w branży finansowej co pozwoliło mi na stabilizację w materialnej sferze życia. Dzięki temu oraz dzięki wsparciu najbliższej mi osoby mogłam zacząć odważnie realizować to co chciałam robić, „przebranżowiłam się” na reklamę i PR. Agencje reklamowe, własne projekty, zajmowanie się wizerunkiem magazynów lifestylowych i działania dla instytucji kultury to był mój żywioł.

Obecnie po niemiłych doświadczeniach zawodowych związanych z ostatnim miejscem pracy mam nadszarpniętą wiarę w swoje możliwości. Dalej mam głowę pełną pomysłów. Wiem jak zacząć dążyć do ich realizacji, ale zgubiłam gdzieś to ważne COŚ popychające mnie do działania. Powoduje to moją frustrację, ponieważ kiedy chcę wziąć za telefon, by rozpocząć nie mogę. Odczuwam jakąś blokadę, a najgorsze jest to, że nie potrafię dociec jej przyczyny. Brak odwagi? – nie, bez niej nie byłabym tym kim jestem i tutaj gdzie jestem. Zakładanie z góry, że nie uda się? – nie, jeżeli nie spróbuję to nie dowiem się. Po co? – nie, lubię pracować, a pieniądze są dla mnie środkiem, a nie celem. Co więc mnie blokuje? Oczekuję, że program Fundacji, warsztaty, praca nad samym sobą pomogą mi w odnalezieniu odpowiedzi, w odpowiednim zmotywowaniu, o czym z pewnością nie omieszkam donieść w późniejszym terminie.

Edyta

 

Dwa słowa o tych, którzy zawiedli…

zwierzyłam się znajomej złotniczce, że szukam miejsca do pracy i nauki sztuki złotniczej, zaoferowała mi udział w pracowni, którą właśnie tworzyła wspólnie ze swoim kolegą, wiedząc o moim ciężkim położeniu (szóstka dzieci na utrzymaniu, ciągłe kłopoty finansowe, depresja) powiedziała, że będę miała dostęp do narzędzi i wsparcia merytorycznego. W trakcie okazało się, że moja znajoma liczyła na to, że przy moim udziale uda jej się ograniczyć własne koszty, natomiast o wsparciu merytorycznym dla mnie zupełnie zapomniała... gdy przedstawiła mi podział kosztów za media i powierzchnię, bardzo równy, lecz w moim odczuciu niesprawiedliwy (ja byłam sama na pow. 3 m2, ona i jej cztery pracownice oraz kolega zajmowali resztę przestrzeni i korzystali z mediów), zaprotestowałam i zostałam poproszona o opuszczenie pracowni, co miało być karą za okazaną niewdzięczność

i cztery o tych którzy podnieśli...

Pan Jacek, zaprosił mnie do swojej pracowni, ustalając kwotę za użyczenie, którą mogłam, jako osoba bez stałego dochodu i ucząca się dopiero fachu, zapłacić...

a Pan Marek wspierał duchowo, a po przerwie w pracy, spowodowanej nawrotem mojej choroby, pomagał borykać się z napotkanymi trudnościami, mówią mi za każdym razem, gdy mi się coś nie udawało: "Pomyśl, że właśnie w tej chwili zaczynasz dzień na nowo".

Anna


Refleksje

W okresie nastoletniej (niedojrzałej) młodości lubiłam czytać książki. To był czas trudny do przeżycia, czas niemożności odnalezienia siebie. Czytałam książki namiętnie, wiem teraz, że stanowiły formę ucieczki w świat inny, słownie obejmowalny. Z czasem stało się czytanie źródłem frustracji. Nie byłam w stanie opowiedzieć, o czym była książka, za to pamiętałam wszystkie uczucia, jakie kolejne wersy wzbudzały, jakie przywoływały (nie)chciane emocje
i wspomnienia. Teraz przemieniam frustracje w sile, która sprzyja rozwojowi, bo przecież otrzymuje swoistego „szturchańca”, każdorazowo, gdy dotykam tematu ważnego dla mnie. Szkolenie zadziałało na mnie podobnie jak dobra książka. Treść to ważny aspekt, ale równie istotny jest to, co w nas się dzieje, co przychodzi na myśl, co przeżyć trzeba ‘na nowo’. Na warsztacie z frustracją przyjęłam wizję siebie w świecie tworzonym przez mężczyzn, wg ich reguł…I podobnie jak w przypadku ‘doświadczania czytania’ gdzie uczę się frustrację przekuwać w siłę i czerpać inspirację z tego źródła wiedzę o sobie, tak w przypadku ‘zastanego męskiego świata’ zrozumienie reguł rządzących tym światem przy jednoczesnym nie zatracaniu siebie kobiecej daje bogactwo możliwych zachowań, szansę na lepsze relacje tak prywatne jak i zawodowe, a wreszcie możliwość wyboru i działania.

Mój nowy zleceniodawca oczekiwał wykonania pewnego zlecenia możliwie szybko, ma do tego prawo. Jako, że wiem, że zlecenie czekało od ponad 8 miesięcy „na półce”, a mając świadomość swoich ograniczeń czasowych (praca etatowa), o czym zleceniodawca wiedział, poprosiłam go o określenie terminu, w jakim zlecenie musi być zrealizowane…

 „Jak najszybciej!!!!!!!” - odpowiedział

„Ok., obiecuje dotrzymać terminu” – ja na to :)

[ja_kobieta]

 

Jestem Zwykłą Kobietą

Drogie Panie,

Jakiś czas temu odkryłam, że potrzebuję przebywać w kręgu Kobiet. Czerpię od Was niezwykłą energię, przyjemność obecności, mądrość i rozwagę, bagaż doświadczeń, podobieństwa i różnice…po prostu potrzebuję Was, żeby odkrywać siebie, swoją Kobiecość i Mądrość.

Jestem Zwykłą Kobietą, Żoną, Matką (nie perfekcjonistką, już wiem)  i szukam w codzienności Diamentów, które wywołają mój uśmiech, zadowolenie bliskich i poczucia, że nie stoję w miejscu. Chciałabym robić w życiu to co lubię, realizować cele, przestać być grzeczną dziewczynką, nie uciekać, pielęgnować marzenia, a w gorszych chwilach być Dobrą dla SiebieJ

Pozdrawiam

JA

 

Mój największy sukces?

Myślę, że jest nim to, że jestem tu, gdzie jestem i jaka jestem. Że  wstaję codziennie rano,  by z Bożą pomocą stawiać czoła  codziennym wyzwaniom. Choć nie każdego ranka czuję się, jak kobieta sukcesu, gdy spojrzę wstecz na to, co było 15 – 20 lat temu jestem zadowolona z tego dokąd doszłam. A w cale nie było łatwo. Szczególnie przez ostanie kilka lat.

Od 19 roku życia , przez ponad 18 lat byłam wsparciem dla mojego męża, który był człowiekiem odnoszącym swoje sukcesy i podejmującym decyzje.  Pomagałam mu w prowadzeniu kancelarii usług finansowych. 6 lat temu mój mąż zmarł po 2 latach ciężkiej choroby. Choć wydawało mi się, że jestem przygotowana na taką ewentualność, śmierć bliskiej osoby,  jak zawsze, była  zaskoczeniem i szokiem. Nagle zostałam sama z dwoma synami. Największym wyzwaniem okazała się konieczność podejmowania samodzielnych decyzji. Nie raz łapałam się na chwytaniu za telefon z zamiarem zadzwonienia do męża, by spytać go, co mam teraz zrobić.  Niestety takiej możliwości już nie było. Zrozumiałam, że teraz muszę już decydować sama.

Miałam do wyboru: albo siedzieć w domu na kanapie i płakać, albo wstać rano i iść do pracy. Postanowiłam dać sobie radę , to była moja pierwsza samodzielna decyzja. Pamiętam ten pierwszy poniedziałek, zaraz po pogrzebie. Długa modlitwa, otarcie łez, prysznic, makijaż, garsonka, szpilki i do pracy. I tak codziennie, aż do dziś. Nie nastawiałam się na konkretny sukces, chciałam tylko dać sobie radę.  Praca stała się moją pasją. Okazało się, że klienci zaakceptowali mnie i kupowali nowe produkty. A ja skupiałam się tylko na dobrej robocie, na tym, co mogę zrobić jak najlepiej dla moich klientów, każdego dnia.

Jakież było moje zaskoczenie, gdy na początku następnego roku dowiedziałam  się, że jestem wśród najlepszych 3% doradców mojej firmy i zakwalifikowałam się do elitarnego stowarzyszenia najlepszych doradców finansowych na świecie i wzięłam udział w światowym kongresie MDRT w San Diego. Potem dokonałam tego jeszcze dwukrotnie. Teraz prowadzę własne biuro, jestem dyrektorem placówki i nadal jestem wśród  najlepszych. Staram się pracować nie DUŻO, ale mądrze. Każdy dzień to kolejne wyzwania, problemy, sukcesy i porażki.  Ale ja myślę tylko o tym, aby dobrze i uczciwie robić to, co robię.

Moja dewiza to:

Sukces jest decyzją. Rób to, co możesz, tam, gdzie jesteś, tym, co masz, rób to najlepiej, jak potrafisz. Codziennie wykonuj swoje obowiązki, a sukces będzie tylko tego skutkiem. Nie myśl o sukcesie, lecz o dobrej robocie, a sukces i tak nadejdzie. Miej zawsze dobrze schłodzonego szampana w lodówce, aby go świętować!

Jestem codziennie gotowa na sukces, wstaję rano, zakładam garsonkę, szpilki, makijaż i idę do pracy. Nie zostaję w piżamie w domu czekając na telefon od klienta. Jeśli uważasz, że ci się nie powiedzie, to zaręczam ci, że tak będzie. To też kwestia twojej mentalności i twojego nastawienia kim chcesz być? Możesz być księciem lub żebrakiem – to kwestia twojego wyboru.

Bożena


Karuzela...

...to wyraz, który cudownie odzwierciedla moją zakręconą egzystencję . Nawet to, do pisania czego wreszcie usiadłam powinnam była zrobić dawno temu, na gorąco, naładowana pozytywnymi wibracjami powarsztatowymi i mobilizowana dodatkowo lizakiem pt. coach ;) /uczestniczki warsztatu wiedzą o czym mowa ;)/

Kilka słów usprawiedliwiających ;) i rzucających światło na piszącą. Jestem kobietą przed 40stką /lub po 30-stce jak kto woli/, zbiorem sprzeczności różnej maści, matką samodzielnie wychowującą trójkę dzieci, menadżerem na etacie i właścicielem niedużej firmy jednocześnie, społecznikiem udzielającym się na szkolnej niwie starszego potomstwa, numerologiczną szóstką, która jak usłyszałam przed chwilą /odsłuchuję w między czasie jakieś  fajne nagranie warsztatowe dla kobitek/ jest empatyczna, emocjonalna i zdecydowanie  bardziej zainteresowana losem bliźnich niż własnym,  a co jak już zdążyłam się empirycznie przekonać  raczej mi nie służy ;) …i stadem innych ktosiów z rozmaitymi funkcjami.

W mojej karierze zawodowej miałam okazję przyjrzeć się różnym zjawiskom, z natury jestem tolerancyjna i lubiąca ludzkość in mas ale zdarzyły się egzemplarze wybitne na tej pracowniczej ścieżce. Nic tak mnie nie uwiera jak głupota, niekompetencja i wredność bezinteresowna – cechy nie obce obu płciom ale kiedy odnajduje się je w własnym przełożonym bywa kiepsko.  Zdarzyło mi się przez chwilę funkcjonować w szeregach dużej, ogólnopolskiej, wielooddziałowej instytucji, gdzie przedstawicielki mojej płci raczej nie miały szansy zaistnieć na stanowiskach wyższych niż kierownicy średniego szczebla, a i te etaty niejednokrotnie obsadzane były /z całym szacunkiem do panów, których uwielbiam ;)/ niedouczonymi misiami. Smutne to zjawisko i na szczęście odchodzące chyba do lamusa ale wspominam to zastanawiając się za każdym razem co było /jest nadal/  tego powodem. Bo na pewno nie brak wykwalifikowanej kadry żeńskiej…

To doświadczenie i szereg innych przemyśleń spowodowały, że do listy moich marzeń  dołączyła potrzeba uniezależnienia się od onego szefa. Chciałabym bardzo rozwinąć jakoś tę moją raczkującą działalność ale wciąż coś staje na drodze do realizacji tegoż…brak pieniędzy, wytrwałości, wiary w sukces, niezorganizowanie… na pewno nie brakuje mi pomysłów, energii i zamiłowania do ryzyka ;) które to aspekty powodują, że od kilku lat próbuję coraz to nowych rzeczy nie pozwalając umrzeć śmiercią naturalną temu marzeniu…

..czego i Paniom życzę

Zdecydowanie warto mieć marzenia, stawiać sobie cele, realizować i cieszyć się nawet z tych malutkich. Początek roku zwykle jest takim magicznym momentem, kiedy próbujemy sobie wyznaczać te nowe wierzchołki do zdobycia.  Kocham się rozwijać i nawet jeśli nie mogę sobie pogratulować mega sukcesu to zdecydowanie mogę się pogłaskać przed zaśnięciem chociaż za te malutkie ;) Bądźmy dla siebie dobre, mnie nie przychodzi to łatwo ale każdego dnia próbuję ;)

Gosia

 

Wbrew wszystkiemu – jednak do celu! 

Zbliżała się matura, wszystkie moje koleżanki planowały studia o kierunkach menedżerskich. Moje marzenie było inne – chciałam szyć. Nie były to plany, którymi mogłam podzielić się w domu – rodzice dostaliby zawału zanim bym skończyła zdanie „....i chcę być krawcową”.Zgodnie z tradycją rodzinną (3pokolenia wstecz), skończyłam prawo na UW. Potem  kolejno pracowałam w dwóch kancelariach (głównie przyjmując telefony), ale nie marzyłam o tym by zostać gwiazdą palestry. W akcie rozpaczy podjęłam kolejną pracę w jednej z wielu firm szkoleniowych – jako jednoosobowy dział prawniczy. Po kilku miesiącach rozwiązano moją umowę – firma szukała oszczędności. Duma nie pozwalała mi na rezygnację z wynajmowania mieszkania i powrót „na garnuszek rodziców”. Zwłaszcza, że właściwie jedynym moim dorobkiem była ….znakomita maszyna do szycia oraz bogaty zbiór książek i albumów na temat projektowania ubiorów. Poszukałam sublokatorki. „Współmieszkanie” było bezkolizyjne. Moja współlokatorka dostała „służbowy strój” - i to było moje pierwsze dzieło w „nowym wcieleniu”: z workowatej spódnicy i przywąskiego żakietu powstał całkiem zgrabny „garniturek roboczy”. Nieśmiało pojawiły się pierwsze klientki – koleżanki z firmy mojej współlokatorki. Zaczęłam rozglądać się za lokalem. Zarejestrowałam działalność i wstawiłam do auto komisu mój kochany samochód- prezent od rodziców na ukończenie studiów. Niestety nie był to czas na szybką i korzystną sprzedaż. Pat przełamał przypadek, czyli spotkanie szkolnej koleżanki – po dyplomie w kierunku zarządzania finansami, wyjechała do Irlandii i teraz wróciła po 4 latach. Pożyczyła mi pieniądze „na start” pod zastaw mojego autka. Od  roku jesteśmy wspólniczkami. Mamy nieźle prosperującą pracownię krawiectwa artystycznego w centrum naszego miasta. Jestem krawcową. 
 

Ps - Moja wspólniczka właśnie podjęła decyzję o rozpoczęciu studiów zaocznych na wzornictwie.

 

Jeśli nie masz celu… 

Telefon, wiadomość zostawiona w poczcie głosowej, e-mail, codziennie stawiane drobne zadania i obowiązki są ważne, jednak jeśli nie wiesz, dokąd zmierzasz - jaki masz cel, może się zdarzyć, że wszystkie te zadania  zaczynają przejmować kontrolę nad twoim życiem. Ponieważ ludzie pozbawieni celów stają się narzędziami w rękach tych, którzy cele mają . Ot, choćby taka historyjka: Ewa zdała maturę. Zrobiła  licencjat.  W krótkim czasie (sobie tylko znanym sposobem), dostała pracę w biurze dużej firmy. Praca polegała na odbieraniu telefonów. W ciągu dwóch dni odebrała ich kilkanaście. Trzeciego dnia przyszedł do niej kierownik recepcji: „Wspaniale Pani Ewo! Rewelacyjnie sobie Pani radzi! Właśnie takich ludzi Firmie trzeba. Awansuje Pani – od jutra pracuje Pani piętro wyżej.”Po kolejnych trzech dniach pracy (polegających na odbieraniu telefonów), przyszedł do Ewy kierownik działu operacyjnego, z gratulacjami:” Znakomicie Pani Ewo! Wspaniale Pani pracuje. Jutro nadzwyczajne zebranie zarządu. Proszę na nie przyjść.”  Następnego dnia Ewa pojawiła się na zebraniu zarządu, gdzie powitano ją oklaskami a po pół godzinie została członkiem zarządu.     Została również poinformowana, że w najbliższym czasie jej obowiązki polegać będą na obecności w zebraniach najwyższych organów Firmy. Tak też było. Po dwóch tygodniach Ewa została powiadomiona, że niezwłocznie ma się stawić u właściciela Firmy. Ewa  odświeżyła się nieco, wsiadła do windy i już po chwili została wprowadzona do gabinetu.„Gratulacje! - usłyszała – takiej osoby naszej Firmie właśnie trzeba! Tylko u nas mogłaś tak szybko osiągnąć awans. Czy chcesz coś powiedzieć?”. Ewa skromnie odpowiedziała: „Dziękuję Tato.”
 

Opisała:   Likwidatorka 

 

Pierwszy sukces zawodowy – doktorat z ekonomii

Historia, którą chcę opisać, nie przedstawia mojego pierwszego sukcesu zawodowego, ale ponieważ był to naprawdę duży sukces, dlatego chętnie do niego wracam. Wcześniej były inne, ale liczyły się mniej. Może wśród tych wcześniejszych warto wymienić promocję mojej pierwszej książki, poświęconej tematyce prywatyzacji powszechnej i Narodowych Funduszy Inwestycyjnych. Bardziej od niej cenię jednak doktorat, który zrobiłam będąc dziennikarką „Rzeczpospolitej”.

Pani profesor z Krakowa, która była na spotkaniu Klubu „Rzeczpospolitej”, poświęconym mojej książce, namówiła mnie na doktorat. Pracowałam w dzienniku, gdzie trzeba pisać dużo, a ja zajmowałam się zagadnieniami wtedy bardzo popularnymi : prywatyzacją i rynkiem kapitałowym. Ale zdecydowałam się. Zrobienia doktoratu było możliwe tylko dlatego, że tematyka moich artykułów w dzienniku i mojej pracy doktorskiej były zbieżne, ale i tak był to nieludzki wysiłek, ponieważ wieczory i weekendy musiałam poświęcić zbieraniu materiałów, potem - pisaniom pracy doktorskiej. Miałam urlop „szkolny”, ale i tak musiałam poświęcić jeszcze urlop wypoczynkowy, bo trzeba było także zdać egzaminy, z filozofii, ekonomii i języka angielskiego.

Pracę doktorską napisałam i obroniłam w 13 miesięcy od otwarcia przewodu doktorskiego – pewnie był to rekord Polski. Otwarcie przewodu miało miejsce 1 kwietnia 1996 roku , ale potraktowałam to jako dobrą wróżbę. Na początku maja 1997 roku miałam tytuł doktora. Najprzyjemniej wspominam obronę pracy, na krakowskiej Akademii Ekonomicznej. Jechałam pociągiem do Krakowa bez żadnych obaw, bardziej zdenerwowany był mój mąż. A ja byłam przekonana, że, zajmując się tą tematyką od paru lat, na pewno wiem więcej, niż ktokolwiek, kto będzie obecny na obronie pracy. Oczywiście wyjąwszy moją panią promotor oraz dwóch profesorów – recenzentów pracy, specjalistów tej dziedzinie. A obrona jest publiczna, każdy „z ulicy” może przyjść i zadać pytanie. Faktycznie obrona poszła śpiewająco.

Dlatego moja rada - na pewno trzeba być dobrze przygotowaną, jeżeli czeka nas ważny moment. Ale równie ważna jest wiara w siebie i swoje możliwości.

dr Ada Kostrz-Kostecka,
wieloletnia dziennikarka „Rzeczpospolitej”, przez 7 lata była członkiem Zarządu i wiceprezesem Polskiej Agencji Prasowej SA; obecnie – wiceprezydent Pracodawców RP


Strasznie ją denerwował nowy kolega z pracy. Przyzwyczajona była do pewnego uporządkowania. Każdy dokument, opinia czy faktura miały swoje miejsce na biurku. Dzięki temu potrafiła się jakoś w tym wszystkim odnaleźć. On był jej całkowitym przeciwieństwem. Na jego biurku panował chaos. Co jednak było dziwne, jakoś się w tym wszystkim orientował. Niestety akurat wtedy kiedy był potrzebny nie było go na stanowisku pracy. Albo wyszedł na papierosa albo załatwiał jakieś inne swoje sprawy. I musiała się przekopywać przez ten cały bałagan. A potem on wracał i robił jej wyrzuty że wszystko mu poprzestawiała. Jakby to miało jakiś znaczenie. Ni cierpiała go od samego początku. On tu w ogóle nie pasował. Nie przywiązywał wagi do tego w co się ubiera. Twierdził że nosi to, w czym czuje się wygodnie. Według niej w tym co on nosił nie można się czuć wygodnie, ale na szczęście ona nie musiała tego nosić.

Ale najgorsze miało dopiero nadejść. Musiała szybko zrobić zestawienie ostatnich wydatków na szkolenia. Nie mogła znaleźć jednej faktury. Oczywiście była u Pawła – ale zanim ją tam znalazła przyszła szefowa i zrobiła jej awanturę że to jeszcze nie zrobione. Poczuła się głupio. Zaczęła się usprawiedliwiać, że to nie jej wina, i w ogóle. Szefowa jednak nie chciała słuchać żadnych tłumaczeń – żądała efektu. Przełknęła upokorzenie i obiecała poprawę. A ten bałaganiarz ją jeszcze popamięta...

Kiedy wrócił całkowicie ją zaskoczył. Zaczął robić jej wyrzuty że kiedy szukała potrzebnej faktury narobiła mu bałaganu na biurku. Też coś! Tam już był bałagan. Nie byłaby sobą gdyby mu tego nie powiedziała. Też jej się trafił współpracownik...

Nawet nie słuchała co do niej mówił. Całkowicie go ignorowała. Nauczona doświadczeniem wiedziała czego się spodziewać. Swoją niekompetencję mężczyźni maskują chamstwem. Wtedy wychodzi na jaw ich prawdziwa natura. Nadal coś do niej mówił. Coś tłumaczył. To wszystko było bez sensu. Nawet kiedy próbowała z nim rozmawiać nie mogli dojść do porozumienia. Tak jakby nadawali na innych falach. Nawet kiedy starała się mu powiedzieć wprost – nic z tego nie wychodziło. Ech, faceci...

W końcu zrezygnował. Widocznie zauważył że kompletnie go nie słucha. I dobrze. Może teraz da jej spokój. Do końca dnia nie odzywali się do siebie. Czas płynął, oboje skupili się na pracy. Mniej więcej godzinę przed końcem pracy zadzwonił na jej biurku telefon. Kierownik życzył sobie aby mu dostarczyć propozycje nowych szkoleń. Niestety część z tych danych miał Paweł. Jakoś teraz głupio jej było go o to prosić. Postanowiła że poczeka aż gdzieś wyjdzie i sama sobie znajdzie potrzebne rzeczy. Doczekała się. Wyszedł zapalić. Szybko poderwała się z miejsca i zaczęła przerzucać te wszystkie papiery. Nagle usłyszała za sobą chrząknięcie. Zamarła.

- Zapomniałem zapalniczki, ale widzę że czegoś szukasz. Może mógłbym pomóc? – to był Paweł. Poczuła się głupio.

-          Szukam tych nowych szkoleń, dzwonił Stary i... – zaczęła tłumaczyć.

-          A nie mogłaś poprosić? Sam bym Ci to dał. Już dawno mam wszystko zrobione.

Jasne, jeszcze miała go o coś poprosić. Jeszcze czego! Niedoczekanie. Wtedy podszedł to tej sterty którą miał na biurku i jednym pewnym ruchem wyciągnął potrzebne dokumenty. Podał jej, zabrał zapalniczkę i po prostu sobie poszedł. Zamurowało ją. Szybko przeglądała dokumenty. Tam było wszystko. On zrobił to sam. Co było dziwne, na pierwszej stronie widniało również jej nazwisko jako współautora. A przecież nie przyłożyła do tego ręki. Jej projekt był jeszcze w powijakach...

Kiedy wrócił postanowiła z nim porozmawiać, ale rozmowa się jakoś nie kleiła. Kiedy starała się delikatnie go wybadać, on odpowiadał rzeczowo i monosylabami. Jakby rozmawiała z robotem. Chyba będzie musiała przemyśleć swoje nastawienie do Pawła. Może nie jest taki jak go do tej pory postrzegała? Wiedziała jednak że minie jeszcze dużo czasu zanim się będą w stanie porozumieć. A również cieszyło ją że pierwszy krok został uczyniony...

Ewa